Za nami czwarte już w tym sezonie derby Barcelony. W odróżnieniu od meczu ligowego z rundy jesiennej tym razem skończyło się fatalnie. Na pierwszą od dłuższego czasu porażkę złożyła się fatalna postawa naszych piłkarzy oraz podobna dyspozycja pana w żółtej bluzie, który dla ułatwienia w dalszej części tekstu będzie nazywany sędzią. Swoją cegiełkę dołożyli też piłkarze Espanyolu, którzy oprócz tego, że znakomicie wykorzystali stworzone nie tylko przez siebie sytuacje, potrafili również wykorzystać fakt, że sędzia był w dzisiejszym meczu oględnie mówiąc zagubiony. Ale po kolei…Rozpoczęło się zgodnie z planem od przewagi gospodarzy, którzy bez większych problemów zepchnęli gości do głębokiej defensywy. Z tej przewagi niewiele wynikało, gdyż Espanyol bronił się praktycznie całą jedenastką i ciężko było znaleźć chociaż odrobinę wolnej przestrzeni. Pierwsza groźna akcja Barcelony miała miejsce w 14 minucie. Messi wymienił piłkę z Danim Alvesem i wrzucił piłkę wprost na głowę Henry’ego. Niestety Francuz z najbliższej odległości nie potrafił trafić do bramki. Pięć minut później dobrą okazję miał Xavi, który dostał podanie 20 metrów od bramki i miał sporo czasu, żeby dokładnie przymierzyć. Ostatecznie jednak nasz rozgrywający posłał piłkę obok słupka bramki strzeżonej przez Kameniego. Kilka minut później rozpoczęła się seria nieszczęść gospodarzy. Najpierw w 23. minucie kontuzji doznał Eric Abidal i musiał zostać zmieniony przez Puyola. Powoli atmosfera stawała się coraz bardziej nerwowa. Na boisku co chwila dochodziło do przepychanek, których kulminacją było wyrzucenie z boiska Keity w 37 minucie. Była to ciekawa sytuacja, gdyż faul nie zasługiwał na czerwoną kartkę. Do tego sędzia był gotów puścić grę, natomiast postanowili posędziować piłkarze Espanyolu, którzy ruszyli w stronę sędziego i chyba nastraszyli go wystarczająco mocno. Na tym się oczywiście nie skończyło i rozpoczeły się małe zamieszki na murawie, które zakończyły się dwoma kolejnymi kartonikami tym razem koloru żółtego. Otrzymali je Luis Garcia oraz Eto’o. Na tym w zasadzie emocje się zakończyły, nie licząc niecelnego strzału Leo Messiego z rzutu wolnego.
Po przerwie atmosfera na murawie nie uległa poprawie. Nie brakowało fauli, złośliwości, przepychanek i innych tego typu zachowań, które mają niewiele wspólnego z piłką nożną. Obiektywnie trzeba stwierdzić, że dotyczyło to obu drużyn. Druga połowa rozpoczęła się fatalnie. Ledwie cztery minuty upłynęły po wznowieniu gry i do siatki gospodarzy trafił de la Pena. Asystę przy tej bramce zaliczył Nene, który zabawił się z Gerardem Pique przy lini końcowej boiska, po czym wrzucił piłkę idealnie na głowę kompletnie niekrytego kolegi. Chwilę później de la Pena zadał drugi cios. Tym razem wykorzystał podanie …Valdesa, który mógł w zasadzie zrobić z piłką wszystko, a zrobił najgorzej jak tylko się dało. Myślę, że David Villa oglądając skrót z tego meczu na pewno uśmiechnie się pod nosem i wspomni stare dobre czasy.
Po drugiej bramce praktycznie oczywiste stało się, że Barcelona wyjdzie z tego spotkania bez zdobyczy punktowej. Mały promyk nadziei dal kibicom Blaugrany Yaya Toure, który zdobył gola kontaktowego ładnym strzałem z woleja. Niestety na niewiele się to zdało. Osłabieni gospodarze nie mieli pomysłu jak sforsować defensywę grającego w przewadze Espanyolu. Sytuacji praktycznie nie udało się stworzyć nie licząc dwóch zablokowanych uderzeń Gudjohnsena, który pojawił się w miejsce Eto’o. Cała druga połowa upłynęła pod znakiem kolejnych zółtych kartek, które ochoczo wręczał sędzia celem ukrycia faktu, że kompletnie nie radzi sobie z rangą spotkania i wydarzeniami boiskowymi.
